O tym jak na seryjnej oponie, zwykłym zawiasie i czapce z daszkiem zwojowałem tor … prawie.

Już od samego początku wszystko zapowiadało się po myśli tych, którzy datę 9 kwietnia utożsamiali ze swą pierwszą, lub jedną z pierwszych, wizyt na torze. Miało być zimno, miało padać, miało być surowiej niż milej. Miało być tak, by oddzielić mężczyzn od chłopców, G.I. Jane od Barbie.

I Było.

Max Rockatansky

Nie wiem, czy każdy interpretował Miata miniChallenge Rookie jak ja, nie wiem też czy każdy miał takie same nadzieje, ale chciałem się dowiedzieć, czego nie wiem. Chciałem się nauczyć tego, czego nie potrafiłem. Chciałem się dowiedzieć, czego nie potrafię. Dowiedziałem się i … trochę nauczyłem. Ale o tym później.

Ekipa budowlano-remontowo-pomagająco-bannerowa

Stawiliśmy się wczesnym porankiem na terenie Moto Parku Ułęż. Chwilę później bez odgórnego podziału, sponsor nie sponsor, kucharz z tragarzem, każdy chwycił za karton koszulek, paczkę smyczy, młotki, gwoździe, dmuchane namioty, czy flagi. W ekspresowym tempie jedna grupa przygotowała pomieszczenie na pierwszą rundę MmC, druga natomiast zajęła się bannerami, pompowanymi bramami i wszelakimi proporcami sponsorów. Gdy już wszystko było gotowe DJ zaczął grać, dziewczyny rozpoczęły weryfikację uczestników, a organizatorzy zwoływali zawodników, by rozpocząć odprawę. Od tej pory cykl Miata miniChallenge 2016 oficjalnie się rozpoczął… choć dla mnie, to właśnie pierwsze przekleństwo, uderzenie młotka, pierwszy rozwalony palec i dźwięk turlającej się wody, uciekającej ze zgrzewki przy akompaniamencie krzyków, by „łapać ją” to właśnie dźwięki nadchodzącego MmC.

Ilu zawodników MMC potrzeba do...

Grupy podzielone, szczeniaki w kolejce za białą eNDe pojechały na oddzielną część toru, specjalnie zresztą dla nich wydzieloną … a ja wraz z nimi. Gdyż tym razem zdecydowałem się rozpocząć cykl MmC od właśnie szczeniaków, oficjalnie znanych jako Rookie.

Rookie

Byłem przekonany, że wiem dużo – i by nie zdradzać za wiele, to prawo jazdy mam bardziej 20 lat, niż 10, więc czas i doświadczenie za kierownicą mogłoby potwierdzać teorię, że w niektórych sprawach mogę się wypowiadać, jako człowiek, który kilka tysięcy (a może i naście) kilometrów / godzin za kierownicą spędził.

Ale po kolei.

Zbiórka

 

Rozpoczęliśmy od teorii.

Mimo, że mnie ciągnęło do driftu, zaciągania ręcznego i brania zakrętów 120 km/h, to wyjątkowo zaciekawiło mnie to co Panowie z DriveArtu mówili na temat tego, jak powinniśmy siedzieć w samochodzie i dlaczego.

3,2,1 ... Start ... i na jedynce cały przejazd.

A gdy już wsadzili nas do samochodów, wyruszyliśmy na start zajmując (bardzo możliwe, że pierwszy raz) odpowiednie pozycje za kierownicą na pierwszy test. No bo co może być trudnego w przejechaniu bez sprzęgła i (najlepiej bez) hamulca prostego slalomu na pierwszym biegu ucząc się odpowiedniego operowania kierownicą … a nie zapominajmy, że Mazda MX-5 to wyjątkowo zwrotny samochód.

Szkoda tej felgi na tor !!!

By nie rozpisywać się za bardzo, potrąciłem czwarty pachołek, jadąc około 5 km/h ze wciśniętym sprzęgłem i hamulcem, operując jedną ręką opartą na kierownicy tylko dłonią (jak to instruktor powiedział: cały slalom machałem do niego, więc i on do mnie odmachiwał) … i chyba zjarałem sprzęgło.

Poniżony testem, niczym klasyczny szczeniak podkuliłem ogon i byłem gotowy wyruszyć na dorosłe MmC, bo tam jak popełni się błąd, to jest on bardziej męski: rozwalony bok, skoszona trawa, cieknąca chłodnica lub w najgorszym przypadku kiepski czas. Tutaj natomiast okazuje się, że nie potrafisz operować kierownicą… a przyznajmy – jest to relatywnie podstawowa umiejętność, którą powinien posiadać każdy, kto wsiada do samochodu.

Obciach i tyle.

Ehhh...

Za drugim przejazdem krzyczeli bym jechał szybciej, puścił sprzęgło (skąd on do cholery wiedział, że oszukuję) i myślał o magicznym kolejnym pachołku, a nie aktualnie mijanym.

Popukałem się w głowę i karnie stanąłem w kolejce, by przejechać trasę trzeci raz i przy najbliższej okazji urwać się grupie, by zacząć piszczeć oponami, niczym dorosłe samce.

Nie wiem, dlaczego, ale za trzecim przejazdem – pewnie przez chwilę słabości, bo nikt mi nie będzie mówił co mam robić – posłuchałem się instruktora i puściłem sprzęgło, skręcając w lewo olałem prawą stronę kierownicy (i vice versa wraz z savoir vivre oraz ad hoc) i zacząłem koncentrować się na kolejnym pachołku. I tak, powinienem napisać, że przejechałem slalom perfekcyjnie … ale nie zrobiłem tego, choć pierwszy raz przejechałem go poprawnie.

Spodobało mi się.

Korekta teorii...

Po trzecim przejeździe zebraliśmy się, wymieniliśmy uwagami, dokonaliśmy korekt (głównie w głowach, ale przyzwyczajenia z zimnym łokciem i dłonią na kierownicy z manewrów parkingowych są nieprawdopodobnie zakorzenione w mych odruchach) i ruszyliśmy na slalom ‘na dwójce’.

Podobna sytuacja: odpowiednie ułożenie dłoni na kierownicy, zapomnienie o sprzęgle i hamulcu, koncentracja i … jest naprawdę fajnie.

Zbiórka, wymiana uwag, więcej śmiechu niż płaczu i kolejny slalom – tyłem. Muszę powiedzieć, że wyjątkowo śmiesznie wygląda grupa samochodów ustawiona tyłkiem do startu z białymi żarówkami święcącymi się miast stopu. Tu pojawiło się kolejne wyzwanie, które – nie wiem jak u innych – ale u mnie było spore: pamiętać, by przy haśle „3,2,1,START” być na wstecznym biegu, nie na jedynce … bo przede mną (a może za mną) stała piękna biała eNDe (z kapitalną ekipą Nivette Mazda – pozdrawiam !!!) i warto by nie przygrzmocić w jej nowiutki zderzak.

Wężykiem, wężykiem...

Tu natomiast już całkowicie poddałem się instruktorom, wyczyściłem głowę i słuchałem się każdego polecenia: koła prosto, prawe lusterko, celujesz i już lewe lusterko, nogi do góry, zero hamulca i sprzęgła, i prosto, i prawe i prosto i lewe… i tak dalej. I od nowa tylko szybciej… spodobało mi się.

Oj, jak mi się spodobało.

Ostatni byli pierwszymi...

Test łosia następujący po slalomie na wstecznym zrobiła tylko moja połowica, bo godzina wzywała na obiad, a ja nawet nie zorientowałem się, że byłem na torze już 3 godziny.

Typowy eNCek...

W trakcie spożywania posiłku, dane nam było przemyśleć kilka rzeczy (które następnego dnia wyklarowaliśmy z organizatorem cyklu) i mimo, że wiele można było usprawnić w trakcie samego szkolenia szczeniaków, to nie zmienia faktu, że sam kurs dał mi tyle samo frajdy, co jeżdżenie po torze z gazem wciśniętym w podłogę. Innego rodzaju frajdy, ale to nie zmienia faktu, że pokonanie trudnego technicznego toru na wstecznym jadąc z prędkością 15 km/h i analizując okolicę jedynie w bocznych lusterkach, daje tyle samo radochy, co ucięcie kilku sekund na okrążeniu. Różnica polega na tym, że slalom przejechałem dzięki nauce i wyrabianiu dobrych nawyków (lub modyfikowaniu ich), a cenne sekundy niejednokrotnie urywałem dzięki szczęściu…

Tworzenie strategii...

Po przerwie na schabowego nie wróciłem w ramach bonusowego czasu na testowanie swego refleksu, ale wiem, że na kolejne MmC przyjadę także by jako potulny szczeniak, czerpać wiedzę o tym, czego nie wiem i nie umiem. Po tym co zaobserwowałem w trakcie pierwszej rundy Rookie, to wiem, że uważne słuchanie i wprowadzanie w życie kolejnych wytycznych Panów z DriveArtu nie tyle uczyni mnie lepszym zawodnikiem, który ‘wyprzedzi Ślubę’, a lepszym i rozsądniejszym kierowcą.

Posted in mmc, Relacje klubowe
Tagi ,
0 comments on “O tym jak na seryjnej oponie, zwykłym zawiasie i czapce z daszkiem zwojowałem tor … prawie.
1 Pingi/Trackbacki dla "O tym jak na seryjnej oponie, zwykłym zawiasie i czapce z daszkiem zwojowałem tor … prawie."
  1. […] przeczytaliście już relację Arvi’ego, czy Matpilcha, tudzież Motóru (ten o fryzjerach) wiecie już, jak mniej więcej wyglądała […]