Alpy Drift 2009 odcinek 2

Poniedziałek

Pierwszy poranek, kiedy trzeba było opuścić bajkowe okolice… Niefajnie, bo picie kawy na werandzie z widokiem na górę – bezcenne. Śniadanka z jajecznią przygotowywaną przez naszego śniadaniowego szefa kuchni Piotra – przepyszne. No ale czekały na nas kolejne bajkowe miejsca :mrgreen:Wyruszyliśmy, jak zwykle porannie, w kierunku Tobiazzo. Aga, która w dni poprzednie jeździła tylko po płaskim, miała duże parcie na prowadzenie. A że akurat trafiło się jej jechanie dróżką wąską, krętą, opatrzoną widokiem prześlicznym, ale dramatycznie stromym, to wyrażamy chóralny szacun dla Agi :cool: . Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż Aga posiada lęk wysokości. Aby ominąć paskudną (z niewielką ilością zakrętów) główną drogę, postanowiliśmy odbić w prawo i jechać równolegle do niej, ale kilkaset metrów wyżej. Po wjechaniu na górę zatrzymaliśmy się w tak zwanym „middle of nowhere”, bo na zakręcie stały huśtawki. Jak stoją huśtawki, to trzeba się koniecznie na nich pobujać. :mrgreen:
hustawki6 hustawki7
Od razu dementujemy wszystkie insynuacje, jakoby ktoś z huśtawki rymnął na dziób lub że rozleciały się z powodu naszego entuzjazmu do bujania się. :mrgreen:
Wocio walcząc o równowagę na bujanym samolociku dokumentował zarówno huśtających się, jak i przepiękne widoki. :mrgreen:
hustawki_wocio hustawki4 hustawki2
Ruszyliśmy dalej. Mimo wcześniej wspomnianych faktów lękowych Aga dzielnie kosiła zakręty i nie dała sobie wydrzeć kierownicy kiedy zaczęły się standardowe już roszady samochodowe. :cool:Kręcąc, klucząc i obserwując zmieniające się z krajobrazy powoli docieraliśmy do Włoch. Przy przekraczaniu byłej granicy czuliśmy się dziwacznie. Udzielił nam się sielski krajobraz Austrii, a na wjeździe do niby słonecznej Italii powitał nas cień groźnych gór i jakoś tak się zrobiło … Inaczej… Trochę mrocznie, jakbyśmy wjeżdżali do jakiegoś Mordoru co najmniej, góry stały się bardziej strome i jakoś tak bliżej nas były zasłaniając słonce. Na radyjku słychać było co rusz porównania do Polski – a to bezsensowne ograniczenia prędkości, a to dziury, jeszcze kiedy indziej „wielowarstwowy” asfalt…

wlochy1

Podziwiając włoski styl jazdy pt. „ja jadę i mam was gdzieś” dotarliśmy do Cortina d’Ampezzo, gdzie spożyliśmy pierwszą włoską pizzę. Cortina latem wygląda, hmm, no tak sobie. Śnieg jednak wiele ukrywa przed turystami. Ale widoki na góry zacne mają. :mrgreen: Mknąc w kierunku Val die Fiemme i Trento spotkaliśmy dwie włoskie miaty w stylu bling bling, które przyłączyły się do naszego wesołego peletonu i bardzo przyjaźnie mruczały nam z tyłu – jak to Majkel skomentował, „dobrze dają!”.

http://www.youtube.com/v/…999&border=1%22

PICT9050

Ponieważ jakoś niemrawo nam szło znalezienie odpowiedniego parkingu, weseli bling bling Włosi oddalili się w nieznanym kierunku. A szkoda bo mógł być to początek pięknej przyjaźni :mrgreen:

Krajobraz zaczął się zmieniać na ten przyjaźniejszy włoski – śródziemnomorski. Pojawiły się winnice, drzewka oliwne, małe białe domki z glinianymi donicami. A temperatura rosła…

Zajechaliśmy nad Gardę i zabukowaliśmy się w nowym domu. Widok z okien wypadał albo na jezioro, marinę i góry, albo na miaty i góry, czyli jakby nie patrzeć – wypadał dobrze. :mrgreen: Oczywiście trzeba było się zaanonsować, że jesteśmy i zażyć ochłody spożywając białe winko z lodowatą wodą. To był baaaardzo przyjemny wieczór. :cool:
W nocy ślicznie nam relingi grały, bo, jak to nad Gardą, wiatry termiczne działały bez zarzutu.

garda z balkonu 2

Wtorek

Wstaliśmy rano i uderzyła nas fala gorąca. A właściwie już w nocy uderzyła, bo nasze „apartamenta” były niestety bez klimatyzacji. Po spożyciu typowego włoskiego hotelowego śniadania (kawa i ciasteczko) zapadła wyjątkowo zgodna i szybka decyzja, że trzeba zrobić hurtowe zakupy i od dnia następnego przygotowywać poranne posiłki we własnym zakresie :mrgreen: .Po kilkukrotnym wysmarowaniu się kremami z filtrami i założeniu, że jak się użyje 50-ki i 30-ki, to razem człowiek posiada na sobie filtr o walorach 80-ki :mrgreen: , ruszyliśmy zwiedzać zachodni brzeg Gardy. Ten bardziej stromy. Tuż za Limone wjechaliśmy w drogę marzeń. Wąska i kręta tak, ze trzeba było trąbić na zakrętach, żeby nie pocałować się z autem jadącym z naprzeciwka. Poprowadzona między wysokimi skałami, które prawie łączyły się nad głowami na wysokości kilkunastu metrów. Momentami dwukierunkowa na szerokości jednego pasa, wlekliśmy się dramatycznie nie wiedząc, co czai się za skałą na ostrym zakręcie… Coś obłędnego.Na CB padł spontaniczny komentarz Mistrzyni: „jak tu k… pięknie…”.
Piotr, który nie dosłyszał wygłoszonego komentarza, stwierdził kilkanaście sekund później: „no doczekać się nie mogę, aż Karolina powie >>jak tu k… pięknie<<” czym spowodował wybuchy radosnego rechotu u osób, które wcześniejszy komentarz Mistrzyni słyszały. :mrgreen:

garda3

Oczywiście zaraz rozpoczęliśmy procedurę szukania parkingu, bo chcieliśmy tam po prostu pobyć. Miejsce jak zwykle znaleźliśmy genialne, bo nie dość, że w tym ciasnym otoczeniu znalazł się placyk akurat na wszystkie Miatki, to obok płynął strumyk, w którym napełniliśmy posiadane puste butelki po wodzie i zrobiliśmy sobie śmigus dyngus. Po pierwszym oblaniu kontrolnym wodą wyschliśmy w ciągu kilku minut, więc procedurę trzeba było powtarzać. A woda ze strumyczka zimniejsza niż z lodówki i smaczniejsza, niż wszystkie „cudowne klarowne mineralne” ze sklepu… :mrgreen:

garda1 garda4

Tocząc się w totalnym skwarze po megaciasnych włoskich miasteczkach i nieosłoniętych od słońca półkach skalnych, raz po raz oglądając z bliska jakąś starą Alfę Spider albo Triumpha TR4, usiłowaliśmy znaleźć jakąś lodziarnię, żeby się schłodzić od środka. Ale pora była bardzo niedobra, bo Włosi sjestę świętują wybitnie sumiennie i wszystko było zamknięte na głucho.

garda5

Od tego szukania lodów zrobiliśmy się głodni i zatrzymaliśmy się w Garganano. Strzał w dziesiątkę, bo miasteczko okazało się niesamowite, a i knajpy czynne były tylko chwilowo i mieliśmy 40 minut na zamówienie i zjedzenie posiłku. Obiadek, bardzo smakowity, spożyliśmy w knajpce nad samym brzegiem Gardy, fale nam tyłki ochlapywały bo stoliki były na pomoście. Całe wybrzeże miasteczka wyglądało jak mała Wenecja, pełne romantycznych uliczek, knajpek… Posiłkowi towarzyszyły bezczelne kaczki, które bardzo chciały zwrócić na siebie uwagę i pan z obsługi musiał jedną przywołać do porządku, bo prawie się do nas dosiadła. :mrgreen:

gargnano1 gargnano_obiad2 gargnano_obiad1

W trakcie zwiedzania uroczej marinki udało nam się znaleźć otwartą lodziarnię i nabyliśmy wyczekane lody, które smakowały jeszcze lepiej oblizywanie pod drzewkami pomarańczowymi.

gargnano3 gargnano_lody1 gargnano_lody2

Z misją zwodowania się pojechaliśmy szukać jakiegoś „przytulnego” jeziorka w celu zamoczenia w nim kończyn.Mknęliśmy sobie trasą widokową pod przewodnictwem Majkela, który w pewnym momencie zapragnął pozostać w dłuższym kontakcie wzrokowym z mijanym właśnie jeziorem i wyleciało mu z głowy, że drogi górskie są wąskie i lubią być kręte. W ostatniej chwili widząc rosnącą skalną ścianę przed maską, wykonał bardzo spektakularny unik i ocalił miatę i siebie przed bliskim zapoznaniem się z alpejskim masywem górskim. Misza jadący za Majkelem skomentował tylko „uff, było blisko”, a komentarz zwrotny Majkela przyszedł po nienaturalnie długiej ciszy…Zwiedziliśmy kolejną zaporę i dotarliśmy do Lago d’Idro. Zwodowaliśmy się dość tłumnie i w lekkim dezabilu, susząc loki na wietrze, wróciliśmy do domu, po drodze znajdując otwarty supermarket, w którym nabyliśmy ogromne ilości jajek, szynki parmeńskiej i wielgachne baniaki białego winka. Na wieczór został przewidziany piknik na plaży, w którym główny udział wzięły 4 pizze (w tym nasz włosko-niemiecki faworyt, czyli pizza „fir kejze”), długo poszukiwane po knajpach tilajtki, za pomocą których pierdo..nięto nastrój oraz gwóźdź programu, czyli 5-litrowy baniak wina i 3 butelki wody, które to płyny były precyzyjnie mieszane ze sobą przez dwie blondynki, bez żadnych strat materiałowych :mrgreen: . Było bardzo milusio. :cool:

Środa

Garda. Upał trochę zelżał i niektórzy odetchnęli z ulgą. Na niebie pojawiły się chmury, ale nie burzowe, tylko takie hmmm … ochronne przed dziko prażącym słońcem. :mrgreen: Tego dnia w planie był dzień wolny, ale okazało się, że wyszedł z tego tylko kawałek dnia wolnego, bo uczestnicy stwierdzili, że koniecznie musimy zobaczyć Veronę – poza tym Miatki na parkingu domagały się uwagi. Verona, wiadomo – miasto Capuletów i Montekich – musi być zaliczona. Ten cycek Julii chyba tak wszystkim podziałał na wyobraźnię. :mrgreen: Dla wyjaśnienia należy dodać, że cycek Julii (posąg) jest nieco wyślizgany od dotyku, bo łączy się z owym cyckiem legenda taka, ze jak ktoś go dotknie, to szczęśliwy w miłości po wsze czasy będzie.Ponieważ potrzeba odpoczynku od naszego ogólnego porannego faszyzmu była duża, do Verony wyruszyliśmy po południu. Jako trasę dojazdową wybraliśmy szpanerską dróżkę po wschodniej stronie Gardy (że szpanerską niech świadczy fakt, że na samo jej powitanie minął nas Nissan GT-R na… krakowskich blachach :mrgreen: ). Fajnie się tamtędy jedzie, mimo że po płaskim i ruch jest stosunkowo duży. Garda jest olbrzymim jeziorem i właściwie wygląda jak morze. Mijając dziesiątki marinek, prześliczne włoskie wille, gaje oliwne, winnice, rozmodlone cyprysy i nieco senne miasteczka, mknęliśmy na spotkanie szekspirowskiej historii. Verona powitała nas sensowną do zwiedzania pogodą i typowym włoskim ciasnym parkingiem.Mistrzyni pyta Marcina: Marcin i jak Ci się Verona podoba?
Marcin: Ch… tu jest. Wszystko jakieś stare, zniszczone… :mrgreen:

verona1 verona2 verona3 verona4 verona5 verona6

Obejrzeliśmy operę – niestety jedynie z zewnątrz. Choć z zewnątrz też jest fajnie, bo pod murami opery, która jest zbudowana jak koloseum, leżą (tudzież stoją) dekoracje z przedstawień. Można więc sobie obejrzeć gigantyczne kwiaty, łodzie czy egipskie freski. Po spożyciu jak zwykle smacznego obiadku i długaśnym spacerze po mieście, podziwianiu wystaw i Włoszek, mierzeniu czapek i masek, części z nas udało się osiągnąć wejście na dziedziniec domu Julii i wysłuchać końcówki granego koncertu. Opowiadali tym, którzy zabadzieżyli w sklepach, że było to magiczne doświadczenie, urwane jednak dość dramatycznie przez panów porządkowych, którzy o godzinie punkt niewiadomoktórej (na pewno żadnej okrągłej) przystąpili do zamykania dziedzińca, bardzo skutecznie wyrzucając wszystkich za bramę. Tym razem sobie cycka nie podotykaliśmy…
verona_wloszki1 verona_wloszki2 verona_czapki1 verona_czapki2 verona_julia1 verona_julia2
Po odfajkowaniu wszystkich punktów programu, nasyceniu się kawą mrożoną i wypiciu wody za 5 ojro (tak, wszyscy wiedzą, że nie należy siadać w miejscu najbliższym głównym atrakcjom turystycznym…), wystartowaliśmy do domu. Misją było objechanie Gardy dookoła. Droga wypadła nam przez totalnie lanserskie miejscowości, które spowodowały w eterze powtarzające się – zupełnie dla niektórych niezrozumiałe – okrzyki: tu jest jak na Helu!!Wbiliśmy się w zachodni brzeg i pomykając przez tunele robiliśmy konkurs pt.: z czyjego samochodu poleci głośniejsza muzyka. W rankingu w czołówce uplasowali się Marcin i Lansowóz. Należy nadmienić, iż po drodze wzbudziliśmy zainteresowanie licznych tunelowych ekip remontowych. Ryk muzyki i blondynka w pozie serfera wystająca z miaty musiały budzić pewne emocje. I budziły. :mrgreen: Gdzieś tam w międzyczasie Lansowóz i Niunia zagubiły się na wybitnie skomplikowanym rondzie. Potem Lansowóz zgubił Niunię. Ale jakoś się wszystko znalazło i dotarliśmy bezpiecznie i w całości do domu.Po krótkim acz treściwym posiedzeniu nad brzegiem Gardy, gdzie część ekipy się radośnie wodowała, usiłując jednocześnie zachęcić część suchą do przestania bycia suchą, udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Tej nocy ujawniło się pierwsze zombie…

C.D.N.

Posted in MiataTravel, Relacje klubowe